Strona główna   Galeria      Szukaj   Listy gatunkowe   OTOP   Testy   Atlas Ptaków   Forum   Użytkownicy   Rejestracja   Zaloguj   Regulamin   FAQ   UWAGA cookie!

» Forum Galerii Fotoptaki » O etyce i technice fotografowania ptaków » Jastrzebie

Jastrzebie
Autor Wiadomość

ZbyszekAl 
niemowa



Dołączył: 13 Paź 2007
Posty: 72
Skąd: Iława

Wysłany: 2010-10-08, 20:52   Jastrzebie

Niemal każdy foto-przyrodnik po etapie szlifowania warsztatu, wykonaniu setek ujęć mniej lub bardziej udanych pospolitszych gatunków, chciałby prędzej czy później zmierzyć się z "perłami" rodzimej awifauny. Jastrząb gołębiarz (Accipiter gentilis), ptak piękny dostojny i intrygujący. Ptak o niezwykłej lotności i sprycie, ptak o którym napisano dziesiątki stron, na temat jego krwawych poczynań łowieckich. Z ludzkiego punktu widzenia jest istną zmorą hodowców drobiu, myśliwych, a już w szczególności znienawidzili go miłośnicy gołębi pocztowych. Patrząc pod tym kątem wydaje się, że ptak ten niewątpliwie zasługuje na miano "kilera" polskich kniei. Oczywiście większość krwawych opowieści na jego temat jest grubo przesadzona, być może dlatego, że prowadząc skryty tryb życia był stosunkowo słabo poznanym ptakiem zwłaszcza przez osoby mu nie życzliwe.
Dzisiejszym artykułem chciałbym właśnie przybliży sylwetkę tego wspaniałego łowcy, bez wątpienia jednego z najpiękniejszych polskich ptaków szponiastych.
Dla większości fotografów przyrodniczych ukoronowaniem trudu jest wykonanie serii zdjęć paków stanowiących niejako perłę naszych łąk, pól i lasów. Gołębiarz niewątpliwie do tej elitarnej grupy ptaków należy. Bez wątpienia jest to gatunek którego natura obdarzyła w sposób szczególny. Wspaniała sylwetka, niezwykła aerodynamika lotu, wdzięk, dzikie spojrzenie, wszystko to razem wzięte sprawia, że przy bliższym kontakcie z tym drapieżnikiem odczuwamy szybszy rytm serca. Niestety wszystkie atuty tego wytrawnego łowcy sprawiły, ze niegdyś ptak ten stanowił nader cenne trofeum łowieckie. Skrupulatnie tępiono go prze całe dziesięciolecia do tego stopnia, że w połowie XX wieku stał się już sporadycznie występującym ptakiem na obszarze niemal całego kraju. Mimo ścisłej ochrony gatunkowej jakiej poddane są wszystkie rodzime ptaki szponiaste, gołębiarz nadal nie jest zbyt często widywanym gościem.
Większość naszych spotkań z tym ptakiem kończy się tak szybko jak się rozpoczęła. Niejednokrotnie możemy mieć z nim kontakt zarówno na otwartej przestrzeni jak i w głębi kompleksów leśnych, kiedy to błyskawicznie, ale za to z wielką gracją uderza w stado mniejszych ptaków. Porusza się szybko i zwinnie, a większość polowań które podejmie kończy się na ogół sukcesem. Przypadkowe spotkania z tym sprawnym drapieżcą bardzo rzadko owocują wykonaniem zadowalającego ujęcia. Należy podkreślić, że wykonanie przyzwoitej fotografii sporadycznie występującego najczyściej wiąże się z ogromnymi trudnościami i wielogodzinnym wyczekiwaniem na to wymarzone ujecie. Fotografia dzikiej przyrody uczy pokory i cierpliwości, a wiedza przyrodnicza skutecznie podnosi nasze szanse na osiągnięcie zamierzonego celu. Poruszając kwestie etyki zachowań fotografa, którego obowiązkiem jest zachowanie naturalnego stanu środowiska, każdy z nas musi wykazać się zaangażowaniem by jego zmagania fotograficzne nie wyrządziły krzywdy naturze, która i tak jest już w nie najlepszej kondycji. Nie mam zamiaru nikogo pouczać czy prawić kazań, bo każdy we własnym zakresie powinien w pierwszej kolejności zadbać o aspekt etyczny podczas "prywatnych" zmagań w terenie. Pamiętajmy, że sama fotografia jest dla nas ważna, ale nie najważniejsza. Uważam, że najważniejsze jest to aby nasza pasja i zamiłowanie do przyrody pozwoliło nam mile spędzić czas nie wyrządzając przy tym żadnych szkód w przyrodzie. Dzięki takim sesjom fotograficznym opisanych w artykule spora część ptaków ma znacznie większa szanse na przetrwanie tej mało komfortowej pory roku. Należy do tematu podejść rozważnie i z zachowaniem wszelkich kanonów dobrej przyrodniczej etyki. Mam nadzieję, że tym artykułem choć trochę przybliżę czytelnikom kwestie budowy czatowni, zachowań tych pięknych ptaków, jak i metod samego ich wabienia.



Moja przygoda z tym gatunkiem rozpoczęła się jakieś trzy lata temu, kiedy podczas różnych zasiadek widywałem tego ptaka w locie tuż nad lasem, kiedy zawzięcie polował na tak zwaną ptasią drobnicę. Zastanawiałem się, czy możliwe jest zaplanowanie sesji fotograficznej z tym gatunkiem. Podstawowe pytanie - czy istnieje szansa na zwrócenie jego uwagi? Mięso nawet dobre jakościowo nie zastąpi świeżej zdobyczy, jakby nie patrzyć menu gołębiarza jest przecież bardzo obszerne, zaczynając od drozdów poprzez kawki sroki wrony wiewiórki króliki, drobne gryzonie na gołębiach wszelkiej maści kończąc. Problem stanowi tu wyszukanie takiego miejsca odpowiadającego charakterowi jego zbójeckiego życia. Całą wiosnę poświeciłem na analizę znajomych terenów i wybranie odpowiedniej lokalizacji, doszedłem do wniosku, iż najlepszym miejscem będzie nadbrzeżne zagęszczenie krzaków dające wiele kryjówek i zapewniające mnogość pożywienia. Od razu przypomniałem sobie o trzech takich miejscach. Pod pretekstem spokojnych spacerów zapraszałem moją małżonkę do wędrówek na upatrzone tereny. Niestety przy bliższym zaznajomieniu się z warunkami terenowymi okazało się, że żadne z nich nie spełnia powyższych wymogów. Jednak po kilku dniach obchodząc małe jezioro natrafiliśmy na prawie idealne miejsce. Środowisko odpowiednie, a jesienno-zimowe oświetlenie będzie niemal idealne. Co prawda długiej linii drzewostanu graniczącego z polami nie było, ale za to gęste niskie drzewka głogu wyśmienicie się nadawały na kryjówki jastrzębia skąd skutecznie mógłby polować. Znaleziony teren tworzy naturalny szeroki korytarz pomiędzy dwoma brzegami zarośli. Zadowolony ze znaleziska poczyniłem starania o zgodę właściciela na zimowe zagospodarowanie terenu. Problem polega na tym, że niektórzy starają się wykorzystywać teren bez zgody właściciela, przez co narażeni są na komplikacje z tym związane i z szybką dewastacją przyszłej czatowni włącznie. Udałem się do pierwszych napotkanych zabudowań w celu wykrycia i udobruchania właściciela terenu. Okazało się że ten teren należy do mojego starego znajomego, więc obyło się bez długotrwałego tłumaczenia powodów i uzasadnień, dlaczego chcę w zimę siedzieć na mrozie fotografując "ptaszki". Kiedy miejsce zostało starannie wybrane przez kilka kolejnych dni obserwowałem okolice lornetką sprawdzając ogólnie, co na tym terenie się dzieję i jakie jest ryzyko odwiedzin przez nieoczekiwanego wędkarza czy innej maści podróżnika. Wedle zapewnień właściciela na ten teren nikt nie zagląda chyba, że w okresie letnim, kiedy to mieszkańcy okolicznej wsi przychodzą się tam kąpać. Jednak jesienią i zima nikomu do głowy nie przyjdzie kąpiel w zimnych wodach jeziora, wiec takie zapewnienia zupełnie mnie uspokoiły. W innym przypadku pojawiający się osobnik skutecznie wystraszy nam ptactwo na cały dzień.
Na początek wybrałem małe wzniesienie, ubrany w strój maskujący dodatkowo zasłonięty małymi krzakami obserwowałem przez kilka dni okolice, coraz bardziej zadowolony z obserwacji. Na miejscu, w dalszej odległości kilka razy zamajaczyła sylwetka bielika, czasem widywałem myszołowa patrolującego swój rewir, w krzakach słyszałem sójki i sroki oraz masę drobnicy. Z nad jeziora podrywały się czasem czaple siwe i białe i przelatywały stada kormoranów. Trochę nie bardzo zadowolony byłem z bliskości "orłów". Ten pojawiający się ptak płoszy wszystkie mniejsze ptaki. Pocieszając się faktem, że jeśli jastrzębie nie dopiszą zbuduję kolejną "czatownię" na bieliki. Podczas tych rekonesansów nie natrafiłem na jakikolwiek ślad jastrzębi. Jesienią wróciłem do tematu, poczyniłem przygotowania do budowy "czatowni". Zgodnie ze zdobytym wcześniej doświadczeniem budowę czatowni planuje dużo wcześniej jeszcze przed sezonem zimowym. Najlepszą na to porą jest początek jesieni, kiedy ziemia nie jest zamarznięta, co ułatwi przygotowanie wykopu, a kiedy czatownia będzie gotowa wszystkie spadające liście dodatkowo wzmocnią naturalny kamuflaż schronienia. Ze względu na moją kondycję wykopanie dołu o wymiarach cztery metry na półtora metra zajęło mi cale 3 dni ze względu na podłoże, które w początkowej fazie było usłane korzeniami grubymi jak ręka, pod urodzajną warstwą trafiłem



na lepką glinę, po której pojawiła się warstwa iłu. Warstwa iłu bezwzględnie nakazuje zaprzestania kopania sygnalizując, że do czatowni będzie podchodzić woda gruntowa. Piszę to, jako przestrogę na temat głębokości czatowni, bo lepiej wznieść kilka centymetrów wyższą czatownię niż później borykać się z problemem wody (dla ptaków wysokość naszego schronienia nie ma żadnego znaczenia, a woda w wykopie zmusza nas do dodatkowego wysiłku kopania drenażu). Siedzenie w tak przygotowanej czatowni zimą to czysta przyjemność, ale siedzenie po kostki w lodowatej przymarzającej wodzie niewątpliwie pozbawi nas już tej przyjemność. Dlatego na dno po zadaszeniu wykładam kilka mniejszych desek i na całość wysypuję sporą ilość słomy, która jest chyba jednym z lepszych izolatorów. W tym miejscu śpieszę z wyjaśnieniem, dlaczego kopię tak ogromny wykop. Powód jest prosty: odwiedzają mnie różni ludzie niemal ze wszystkich zakątków świata i taka trzy osobowa czatownia dla mnie to w zasadzie standard. Dla jednej osoby wystarczające wymiary to półtora metra na półtora, zużyjemy wówczas mniej budulca i szybciej uwiniemy się z budową.
Następnym etapem jest budowa tak zwanego szkieletu przyszłego schronienia. Należy zwrócić szczególną uwagę na ten etap budowy, ponieważ szkielet mniej stabilny spowoduje, że przy każdym nieostrożnym ruchu cała czatownia będzie się poruszać strasząc skutecznie wszystko w zasięgu wzroku, dodatkowa sprawa to przypadkowe naruszenie konstrukcji grozi natychmiastowym zawaleniem takiego "fotograficznego domku". Ja osobiście preferuję, jako podstawę sosnowe pale o średnicy około dziesięciu centymetrów. Wbijając pale należy pamiętać o tym, by znajdowały się poza wykopanym dołem, obijając szkielet jakimś materiałem znowu unikniemy wody, która w trakcie pogody deszczowej będzie próbowała spłynąć do czatowni. Jako szkielet dachu przybijamy kilka desek, aby uniknąć nieprzyjemnego wybrzuszania się dachu , a co za tym idzie fatalnego w skutkach skraplania się wody w najniższych punktach (niesie to ogromne ryzyko uszkodzenia np. sprzętu fotograficznego). Znając problem zwożenia materiału na przyszłą czatownię wiem, że spory kawałek trzeba jednak go przynieść i robię wszystko, aby tym dostępnym materiałem dość roztropnie gospodarować. W dalszym etapie, pokrywam szkielet starą wykładziną podłogową (chociaż tu może nie wszyscy się ze mną zgodzą, że jest najlepszym materiałem, przez te wszystkie lata wypróbowałem wiele materiałów, a ten zdaje moim zdaniem egzamin rewelacyjnie). Zapewne każdy ma gdzieś zapomniany kawałek w piwnicy czy składziku. Podbita gumą wykładzina chroni nas przed złą aurą, a w srogich mrozach zapewnia, choć odrobinę ciepła. Kolor i deseń wykładziny jest mało istotny, bo i tak na późniejszym etapie budowy będzie szczelnie okryta trawą lub jakimś innym dostępnym lokalnie materiałem. Po zakończeniu budowy należy pamiętać o uprzątnięciu terenu, wokoło rozkopana ziemia i inne pozostałości budowy niekorzystnie wpływają na zachowanie się zarówno ptaków ssaków jak i samego właściciela terenu. Po zamaskowaniu czatowni i uprzątnięciu terenu trzeba zacząć przygotowania sceny, na której ptaki będą odgrywać dla nas spektakle. Należy poświęcić na to dużo czasu i włożyć w to nie mniej energii, bo każdy zaniedbany element będzie się mścił na późniejszych kadrach. Dodatkową zaletą solidnego uprzątnięcia terenu wokół kryjówki jest nasze bezpieczeństwo, pamiętajmy że do „czatowni” przychodzimy wcześnie rano jeszcze po ciemku i tak samo ja opuszczamy w wieczornym zmroku, każdy pominięty element może spowodować nasz potkniecie lub upadek co do przyjemności nie należy. Bezpieczne dotarcie do schronienia pozwoli dodatkowo uniknąć hałasu który niepotrzebnie będzie informował stworzenia o naszej obecności. Pora przybycia i opuszczenia czatowni to bardzo ważny element, ptaki nawet kiedy nie są dla nas widoczne przebywają w pobliżu i bacznie przyglądają się otoczeniu, kiedy będą obserwować nasze przybycie czy opuszczanie kryjówki będą dużo ostrożniejsze i z większą obawa będą obserwować nasze schronienie. Kiedy uporamy się już z trawą, nierównościami terenu, kopcami kretów, czy wreszcie z



wystającymi z ziemi gałęziami zaczynamy wyliczać odległość, na którą chcemy zwabić ptaki. W zależności od długości ogniskowej naszego obiektywu dokładnie należy wyznaczyć odległość od przynęty. Tu zaczyna się dylemat czy robić zdjęcia w akcji, czy raczej piękne statyczne fotografie. Ja generalnie wyznaczam 3-4 punkty z uwzględnieniem naturalnych górek, aby w zimie nawet pod śniegiem bezbłędnie wykładać przynętę. Źle wyliczona odległość spowoduje, że np.: walczące ptaki będą zbyt blisko, aby objąć całe zdarzenie. Z kolei umieszczenie zbyt daleko w efekcie przyniesie też niezadowalające wyniki.
Przynęta to oddzielny temat. W większości moja przynęta pochodzi z wypadków komunikacyjnych, staram się wcześniej zdobyć mięso z ferm drobiu, ale nie tylko. Ważne jest to aby w danym sezonie je nie zabrakło. Pamiętajmy, że ptaki szybko się przyzwyczajają i po odstawieniu pożywienia będą w okropny położeniu i cześć może tej zimy po prostu nie przeżyć. Należy wykładać zanętę od pierwszych przymrozków do początku wiosny, to zapewni modeli przez cały sezon "padliniarski". Należy zwrócić uwagę na problem roznoszenia chorób nękających domowy drób - mięso musi pochodzić z zaufanego źródła i z ostrożności w moim przypadku drób to ostateczność. Wykładamy padlinę w momencie ukończenia czatowni, nigdy wcześniej, pojawiające się ptaki będą pamiętały, że element otoczenia się zmienia i nie będą już tak ufne. W wyznaczonych miejscach kopiemy niezbyt głębokie dołki, w których tuż przed sesja umieścimy przynętę, aby nie była widoczna w kadrze. Z "dziką" padliną nie ma tego problemu, ukazuje prawdziwość ujęcia i nie przeszkadza dobrze odbierać fotografie. Pokarm wystawiony po raz pierwszy wystawiam obok dołków, aby był dobrze dla drapieżnika widoczny (nawet lecącego pod sporym kątem). Początkowo umieszczałem duże okazy np. zabita przez samochód sarnę lub gabarytowo podobne zwierzę i miałem w nagrodę stada myszołowów kruków i bielików. Jednak nie na nich mi tym razem zależało, bo te ptaki miałem okazje niejednokrotnie fotografować już wcześniej. Niestety wystawiona padlina zostawała zjedzona, a jastrzębi jak nie było tak nie ma. Próbowałem z mniejszymi porcjami, niestety i to się nie sprawdziło, ciągle eksperymentując wypracowałem metodę polegająca na wykorzystaniu efektu wizualnego, którym jastrząb zapewne się posługuje, czyli widoku świeżego, ociekającego krwią mięsa, wycinałem z drobiu kawałki mięsa wielkości czekolady tak ostrożnie by nie wyrwać piór. Starałem się wybierać białe osobniki, aby pióra zabarwiły się od krwi. Przygotowywałem na jeden wyrzut około 15 takich sporych kawałków, cześć z nich wykładałem mięsem do góry, a niektóre odwrotnie. Przez następne dwa-trzy tygodnie regularnie uzupełniałem zapasy. Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany i niosący ogromne nadzieje dzień pierwszej zasiadki. Na pierwsze wyjście wybrałem się pełen nadziei na piękne fotografie. Niestety spotkał mnie spory zawód, ale i ogromna radość, bo około godziny jedenastej tuż nad padliną przeleciała piękna dorodna samica jastrzębia. Niestety nie usiadła, ale i tak byłem szczęśliwy z zaistniałej sytuacji - zwróciłem jej uwagę, a to już coś! Wiedziałem już, że fotografie są tylko kwestią czasu. Kolejna zasiadka i znowu brak ptaków, ale słychać w krzakach o świcie przenikliwe wołanie kilku jastrzębi (udało mi się naliczyć aż cztery osobniki). Pomyślałem do trzech razy sztuka. Wybrałem się mimo złej prognozy na kolejny dzień zasiadki. Świt był okropny, co chwila siąpił deszczyk, siedziałem wytrwale ciekawy samych gości przy zanęcie. Od rana ucztował myszołów, miałem też nadzieję na fotografię lisa, on również chętnie korzysta z takich okazji (wcześniej dostrzegłem liczne jego ślady), jednak wiatr wiał ode mnie, więc też nie zapowiadało się to ciekawie. Po chwili słychać donośny krzyk jastrzębia i z naprzeciwka odpowiedź innego osobnika. Cisza trwała do pojawienia się myszołowa, tuż po nim pojawił się następny. Podczas starcia dwóch myszołowów zobaczyłem jastrzębia, który wyleciał jak strzała z krzaków przede mną, pod sporym kątem minął dwa siedzące na ziemi ptaki i wylądował dokładnie na jednym z kawałków mięsa, głęboko i agresywnie wbijając w nie szpony. Radość była ogromna: była to prawdopodobnie czteroletnia samica o pięknym



rysunku upierzenia, oko jeszcze nie w pełni krwisto czerwone (stąd wniosek o wieku ptaka). Przyglądałem się jej z wielką przyjemnością. Myszołowy straciły chęć posiłku i pojedynczo wycofały się na pobliskie drzewa. Chociaż wiedziałem, że zdjęcia w takiej pogodzie będą marne odważyłem się zrobić kilka klatek, tak ostrożnie jak było to tylko możliwe. Nagle jastrząb otworzył skrzydła i wachlarzowym ogonem przysłonił mięso, tuż nad głową powtórnie usłyszałem przeraźliwy krzyk innego ptaka. Widziałem jak samica podniosła się i z piskiem odleciała, okropnie żałowałem tak krótkiego spotkania, ale pocieszałem się, że jakieś kadry pozostały na karcie. W domu po obrobieniu fotografii przyglądałem się jej bardzo długo nie mogąc nacieszyć się tym, że jednak przez chwilę byłem oko w oko z jastrzębiem. Kolejną zasiadkę musiałem przesunąć z powodów zdrowotnych, ale zawsze gospodarowałem trochę czasu na przygotowanie i wyłożenia zanęty, która coraz szybciej zaczęła znikać. Postanowiłem poeksperymentować z połową mniejszej kury przeciętej na pół. Na następną zasiadkę zapowiadał się piękny dzień, gwiazdy na niebie błyszczą, a ja już jestem w terenie, szybko jeszcze w ciemnościach przemierzam drogę do czatowni, sprawdzam stan wyłożonej wcześniej padliny - okazuje się, że nie ma ani kawałka, na szczęście uwzględniając taką sytuację mam zapas nowych mięsnych "czekoladek". Zainstalowałem sprzęt w czatowni, po czym sprawdziłem maskowanie obiektywu od zewnątrz. Następnie wracam i zamykam schronienie, wypijam poranna kawę, a w oddali już słychać pierwsze wołania kruków. Nagle po cichu nadlatuje jakiś ptak, siada niedaleko od jednego z kawałków mięsa, czujnie bada wzrokiem okolice i po krótkiej chwili biegnie w charakterystyczny sposób do przynęty (to młody tegoroczny jastrząb). Ma zupełnie inne ubarwienie: pierś brązowawa w czarne łezki. Jest stanowczo za ciemno aby zrobić jakąś sensowną fotografię, przyglądam mu się i nagle bez żadnego ostrzeżenia ptak odlatuje. Takie zachowanie spowodowane było pojawieniem się niedaleko większego drapieżcy bielika , któremu wszystkie ptaki ustępują pola. Przed innymi ptakami jastrząb stara się schować mięso rozkładając charakterystycznie skrzydła i ogon. Mówiąc szczerze byłem z takiego obrotu sprawy bardzo zadowolony, pojawienie się zupełnie innego osobnika pozwala przypuszczać, że wkrótce zaczną pojawiać się również inne jastrzębie, a ten być może wróci w porze która pozwoli wykonać fotografię. Rozjaśnia się na dobre, raz za razem ląduje myszołów zdążywszy najeść się do syta odlatuje. Wiem, że te odwiedziny wkrótce się skończą. Wreszcie nastaje cisza przed czatownią. Najedzone myszołowy poleciały na swoje gałęzie zadowolone z rannego posiłku. Czekam cierpliwie uważnie obserwując zarośla. Niestety nic się nie dzieje i znudzony nadal czekam na jakikolwiek ruch. Co prawda nie lubię takich sytuacji, bo dłuższa nieobecność jakichkolwiek ptaków usypia moją czujność. Nagle zauważyłem ruch na sąsiednich krzakach (zbyt daleko aby moje oczy rozpoznały ptaka), posiłkuję się obiektywem aby zorientować się cóż to takiego. Okazuje się, że to dorosły jastrząb pięknie ubarwiony z jasną piersią. Mam ogromną nadzieję na uchwycenie go w locie. Leci wprost na mnie, jednak zdaje sobie sprawę, że przy tak długim czasie nie zdołam uchwycić go nieporuszonego. Ptak pochyla się na gałęzi i lotem ślizgowym ląduje bezpośrednio na mięsie. Trafiając idealnie auto-fokusem robię kilka ujęć w locie, niestety jak się okazuje wszystkie są poruszone (no cóż nie zawsze układa się jak byśmy tego chcieli). Ptak znajduje się w odpowiedniej odległości do zrobienia statycznego ujęcia, wiec robię kilkanaście zdjęć. Ptak niesfornie kręci się przy padlinie i cały czas chowa swoje szpony, naświetlam mimo, że bardzo chciałem posiadać całościową fotografię tego ptaka. Posila się około czterdziestu minut i widzę jak jego wole powoli nadymają się jak balon. Mam cichą nadzieje, że tuż przed odlotem ptak przemieści się kawałek i łagodnie wystartuje uwidaczniając całe skoki. Znakiem że ptak szykuje się do odlotu jest pozbycie się zbędnego balastu, czyli załatwienie potrzeby fizjologicznej. Niestety ptak odlatuje bez żadnego ostrzeżenia. Natomiast na jego miejsce przysiada młody myszołów i ostro zabiera się do jedzenia, po chwili kawałek od niego ląduje drugi ptak. Kątem oka widzę, że z oddali leci mniejszy i bardziej zwinny ptak - zapewne to jastrząb mija w locie oba myszołowy i



ląduje tuż obok czatowni. Nadarza się wyjątkowa okazja przyjrzenia się mu dokładnie, ptak chwilę obserwuje myszołowa i przepuszcza gwałtowny atak na niego. Z czymś takim nigdy do tej pory się nie spotkałem, więc za wszelką cenę próbuję wykonać ujęcie. Niestety obydwa ptaki są za blisko i już wiem, że bez drastycznych cięć skrzydeł się nie obejdzie. Myszołowy kolejno odlatują, a na scenie zostaje agresywny młodziak. Schemat pojawiania się ptaków jest taki sam: dziesięć minut błyskawicznego pożerania padliny, z biegiem czasu łapczywość mija i ptak spokojnie konsumuje, a po około czterdziestu minutach odlatuje ustępując miejsca innemu osobnikowi. Niestety nieubłaganie zbliża się godzina kończenia sesji i nastaje powolny wieczór. Zadowolony planuję kolejną zasiadkę.
W następnych oczekiwaniach rozpoznaję poszczególne osobniki. Schemat żerowania bardzo zbliżony, ptaki całkowicie nie zwracają uwagi na czatownię wbrew jakimkolwiek pozorom są nad wyraz mało płochliwe i tylko Bielik potrafi je odpędzić od padliny. Na ruchy obiektywu poza czatownią nie reagują w najmniejszym stopniu i w najlepszym okresie naliczyłem osiem różnych osobników siedzących razem na scenie. Efekt nalotu takiej szajki jest naprawdę imponujący, a ich nawołujące się głosy w pełni oddają znaczenia słowa "szajka". Pojawianie się tych drapieżników sygnalizowane jest przez drobniejsze ptaki hałasem, który nakazuje zachować spokój i przygotować się na ich wizytę. Ptaki pojawiają się kompletnie nie zwracając uwagi na pogodę równie chętnie pojawiają się w deszczu jak i w padającym gęstym śniegu, temperatura otoczenia zdaje się też nie robi na nich najmniejszego wrażenia. Jak przysłowie mówi "w miarę jedzenia rośnie apetyt". Kombinuję więc w myślach jak zorganizować kolejną sesję, tak by wykonać naprawdę zadowalające dynamiczne ujęcie. W miedzy czasie ustawiam omszony patyk na których mam nadziej ptak usiądzie i uwidoczni swoje szpony. Niestety długo ptaki zupełnie na patyk nie zwracały uwagi, wolały po cichu, jak zbóje siąść w taki sposób aby nie rzucać się żadnemu innemu ptakowi w oczy. Kruk widząc żerującego jastrzębia wykonuje naloty i stara się za wszelką cenę go " unieszkodliwić" . Ja wiem ile ten drapieżnik wyrządził krzywd i dlaczego inne ptaki go tak nienawidzą. Po kilku dniach myszołowy rozstawione po katach z zazdrością obserwują żerującego jastrzębia, ale nie zbiorą na tyle odwagi by pokusić się o jego przepędzenie. Podczas kolejnych zasiadek nie ma już potrzeby dzielenia mięsa bowiem siadają już na wielkich kawałach padliny i zdaje się, że nie robi im to już żadnej różnicy. Kilka razy o świcie byłem świadkiem walki dwóch jastrzębi, walczą podobnie do myszołowów nie wyrządzając sobie przy tym większej krzywdy. Marzę o takim ujęciu i następną zasiadkę przygotowuję w specyficzny sposób. Aby skłonić je do walki wykładam tylko jedną, większa porcję mięsa.
Kilka zasiadek i znowu nic. Kolejno pojawiające się ptaki jedzą do syta i spokojnie odlatują. Pewnego razu ze względu na odwiedziny mojego gościa trochę inaczej organizuję zasiadkę i usilnie staram się dopasować odległość ogniskowej dla znajomego. Ranek zapowiada się paskudny, do zupełnego rozjaśnienia pojawia się tylko jeden ptak: dwuletni samczyk o wyrazistej już piersi, ale jeszcze brązowych pokrywach skrzydeł, ukazuje również inny kolor oka: ostro kontrastująca się żółć. Niestety i ten osobnik szybko odlatuje. W miłym towarzystwie szybko upływają minuty i nagle kolega dostrzega przelatującego młodego jastrzębia, który wykonuje szeroki łuk i ląduje na padlinie. Szybko rozpoczynając konsumpcję, ale widać w jego zachowaniu podenerwowanie i pośpiech - od czasu do czasu rozkłada skrzydła i przeraźliwie piszczy. Nagle ptak unosi się wysoko na nogach, rozkłada skrzydła i wydaje okrzyk wojenny, ja oczywiście już przygotowany widzę w obiektywie majaczącą sylwetka drugiego nadlatującego prosto na niego ptaka, następuje błyskawiczne atak, ale atakowany ptak odskakuje na bok unikając bezpośredniego uderzenia. Podrywa się i to on atakuje intruza, następuje ostre starcie a ja martwię się aby opanować kadr nie ucinając szybko rozkładanych skrzydeł. Cała scena trwa ułamki sekund a pokonany intruz odlatuje
pozostawiając ptaka na pustej scenie, który spokojnie wraca do konsumpcji. Zaglądam do aparatu, seria kilku ujęć wydaje się ostra, na szczęście kadr opanowany i odpowiednia przysłona pozwala wyraźnie ukazać obydwa ptaki. Przykro mi to pisać, ale koledze nie poszło aż tak dobrze. Okazuje się, że cała seria wyszła poruszona ze względu na jego ciemniejszy obiektyw. Kończąc sesję staram się pocieszyć gościa, który nie może odżałować widzianej sceny. Odwiedzających jest bardzo dużo, więc następną wspólną zasiadkę planujemy na kolejny miesiąc, kto wie, co do tego czasu jeszcze się wydarzy?




Kończąc artykuł o przygodzie, która trwa po dzień dzisiejszy mam nadzieję, że te ptaki pozwolą na pokazanie ich w jeszcze piękniejszych sytuacjach, uwidaczniając ich naturalne piękno i fascynującą naturę. Cieszę się, że ciągle mam możliwość bliższego kontaktu z tym gatunkiem i wiem, że wszystko, co najlepsze jeszcze jest przede mną . Metodę wabienia tych ptaków stosuje w zupełnie innych miejscach z równie dobrym skutkiem. Gorąco polecam spróbowanie własnych sił z tym drapieżnikiem, mam też cichą nadzieję że mój artykuł pomoże wam osiągnąć ten cel a spotkania z tym gatunkiem głęboko zapiszą się w Waszej pamięci.
Tekst i foto: Zbigniew Maćko.
 
 
 

Marek Paluch 
Analfabeta od urodzenia


Dołączył: 27 Paź 2006
Posty: 4166
Skąd: Opole

Wysłany: 2010-10-08, 21:20   

znamy sie Zbyszek osobiscie i nie bede tutaj slodzil i wlazil ci w d.... :)
ale artykul jest pierwsza klasa moze wiele wyjasnic i zrozumiec
_________________
www.marekpaluch.pl
www.fotoneo.pl
 
 
 

IVIariusz 
małomówny



Dołączył: 26 Wrz 2007
Posty: 204
Skąd: Kluczbork

Wysłany: 2010-10-09, 10:39   

- Niestety, Zbyszka znam tylko z jego prac, komentarzy. Jestem pod wrażeniem fotografii, talentu i doświadczenia. Artykuł po prosty super.


dziaki
_________________
- rysuję, gdyż lubię, nie umiem :)
 
 

Maciek111 
małomówny


Dołączył: 15 Paź 2010
Posty: 235
Skąd: Sanok

Wysłany: 2010-10-17, 09:34   

Tylko podziwiać.
 
 

kormoran
[Usunięty]

Wysłany: 2010-10-31, 17:30   

Panie Zbyszku przeczytałam Pana artykuł i jestem pod wrażeniem , mało tego pomimo że nie fotografuję ptaków ze względu na to że po prostu nigdy nie mam aparatu w odpowiednim momencie przy sobie ani tez za bardzo okazji.
Ale to nie znaczy że nie ineresują mnie ptaki wręcz przeciwnie jestem zafascynowana ich swoboda wolnym lotem dzikościa i jednocześnie majestatycznym pięknem , szczegółnie drapieżniki
Jastrzębie mam okazję podgladac :) w róznych sytuacjach ich bytowania żerowania odpoczynku świetnie porusza się nawet w bardzo niedostępnych zaroślach i jak na dużego osobnika jest zwinny .
Gratuluję pięknych ujęc i życze jeszcze wspanialszych .z pozdrowieniami Kormoran
 
 

Schadok 
milczek
Marek Schackemy "na zawsze z nami"



Dołączył: 01 Lis 2010
Posty: 128
Skąd: Siemianowice Śląskie

Wysłany: 2010-11-01, 16:39   

Zbyszku bez słodzenia,wszystko elegancko napisane pomoże to niejednemu uniknąć rozczarowań.
 
 
 

Birdwatcher 
małomówny
Kapitan Planeta



Dołączyła: 22 Lis 2010
Posty: 210
Skąd: Radzymin

Wysłany: 2011-01-05, 15:04   

rewelacyjny tekst. Sama marzę o jastrzębiu, mam go tylko w locie. To ptica lubiąca ciepłą krew... cóż dzięki temu artykułowi będę kombinowała jak sama zrobić taka sesję:)

pozdrawiam-Anna.
 
 

Hanka 
forumowy nudziarz
Hanna Żelichowska



Dołączyła: 01 Sty 2011
Posty: 1628
Skąd: Warszawa

Wysłany: 2011-01-05, 18:53   

Zbyszku, przeczytałam, poczułam towarzyszące Ci emocje, obejrzałam piękne zdjęcia i ... gratuluję! Tekstu, pasji, wytrwałości i przyjaznego nastawienia do natury. Życzę Ci wiele wspaniałych spotkań ze szponiastymi! :-D
_________________
Szanujmy ptaki żyjące w naszym mieście. Bez ptaków środowisko miejskie będzie szare i nieprzyjazne ...
 
 

fotosc
gaduła okrutna
Sylwester Cwalinski


Dołączył: 27 Paź 2006
Posty: 1292
Skąd: USA / NJ / Lomza

Wysłany: 2011-01-06, 01:02   

Dobry, bardzo dobry artykol :-)
_________________
,gdyby zwierzeta potrafily stworzyc religie czlowiek bylby diablem
 
 

goja 
niemowa
Jacek



Dołączył: 18 Gru 2011
Posty: 42
Skąd: pomorskie, Gręblin

Wysłany: 2013-04-11, 14:11   

Świetne opracowanie. Szacunek dla autora. :bravo:
_________________

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

kontakt: galeria@ptaki-foto.pl

Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 12

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group designed by szpak